poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Bezdomni do domu!

Witajcie
Długi okres czasu minął od ostatniej notki, ale ostatnimi czasy tak już po prostu mam. Tworzenie/redagowanie jest u mnie coraz częściej rzadkością, nie tak jak to miało miejsce przed kilku laty. Ale trzeba się wreszcie przełamać i z czymś wreszcie wyjść do ludu, gdyż latka lecą, a cel życia wciąż nie osiągnięty, heh. Mniejsza.
Nim przejdziemy do właściwego tekstu, wspomnieć muszę, iż tytuł dzisiejszego wpisu został wymyślony nie przeze mnie, ale przez moją obecną grupę na studiach, sam tekst natomiast był moją pracą zaliczeniową z pewnego przedmiotu*. Aby więcej nie przedłużać, bo też nie mam w sumie pomysłu na pisanie owej notki (wypalenie "zawodowe" zaś, czy coś takiego...), zapraszam do czytania i życzę przyjemnej i może inspirującej (byłoby miło) lektury.


                Problem bezrobocia dotyka wiele grup społecznych. Nie są to jednak tylko grupy, które ze względu na swoją sprawność fizyczną nie mogą podjąć się prac (np. osoby starsze, osoby z niepełnosprawnością). Są to też ludzie w pełni sił i często z bardzo wysokim poziomem wykształcenia, nie cierpiący na żadne zaburzenia psychiczne. Osoby, o których mówię to osoby znajdujące się w każdym powiecie; osoby, które mijamy tak często; z których często się drwi, i którym w ostatnich czasach tak bardzo próbuje się utrudnić ich, już trudne, życie, o ile życiem można nazwać ich sposoby bytu - pasuje mi tu raczej określenie wegetacji. Mowa o osobach bezrobotnych.
           
Kadr z komiksu Jestem człowiekiem
Zatrudnienie bezdomnych jest o tyle problematyczne, iż osoby te, z racji swojego stanu zamieszkania, a raczej jego braku, nie posiadają meldunku, który jest dosyć ważnym punktem w zawieraniu umów o pracę (również tych, tzw. śmieciowych). Logicznym zatem jest, że aby ułatwić tej grupie osób wykluczonych na rynku pracy w zdobyciu zatrudnienia jest na początku zapewnienie im dachu nad głową. Niestety schroniska są przepełnione, a często ich po prostu nie ma w danym powiecie. Rozumiejąc, że koszta utrzymania takiego schroniska są duże (jeśli by były niskie byłoby ich więcej, prawda? chyba, że Ci u władzy naprawdę robią sobie żarty...) są pewne sposoby, by je zredukować. Zapytacie jakie? Otóż pozwólmy bezdomnym samemu prowadzić takie schronisko, a nawet je budować. Osoby bezdomne byłyby tam, nie tylko budowniczymi, ale także osobami, które później pracowały by jako obsługa owego obiektu, rzecz jasna pod odpowiednim nadzorem (czyli dodatkowo zatrudnienie dostaje kilka osób z doświadczeniem zawodowym - kolejny plus), zdobywając doświadczenie jako np. kucharze, sprzątacze, stróże, itp., co na pewno będzie dodatkowym punktem do umieszczenia w CV, pomocnym w poszukiwaniu pracy.
            Wróćmy jeszcze na chwilę do planowania naszego budynku. A gdyby tak oprócz sal użytku codziennego, jak sypialnie, kuchnia, łaźnia, pralnia (przez swoją "nieczystość" również nie mogą znaleźć pracy, co jest chyba oczywiste, takie miejsca jak łaźnia i pralnia to miejsca obowiązkowe w jakimkolwiek miejscu dla bezdomnych) zbudować nawet jedną salę wykładową, czy warsztatową? Mając takie pomieszczenie będzie możliwość organizacji zajęć z wielu dziedzin nie tylko naukowych, ale tych praktycznych (np. szycia). Osoby bezdomne wówczas będą mogły podnieść swój poziom kwalifikacyjny. Wielu z nich bowiem, oczywiście nie wszyscy, mają wykształcenie na bardzo niskim poziomie, a w czasach dzisiejszych najczęściej wymaga się minimum średniego (dodatkowym plusem tego zabiegu, będzie możliwość zatrudnienia kilku nauczycieli, którzy, ze względu na zmiany programowe, zostali zwolnieni ze szkół; i już mamy trzy pieczenie na jednym ogniu!).
            Ważnymi czynnikami w wielu zawodach i podstawowymi wymogami przy rozmowach kwalifikacyjnych jest umiejętność pracy w zespole oraz komunikatywność. Wielu bezdomnych wstydzi się kontaktów z innymi ludźmi. (Tylko niewielki procent potrafi podejść do innej osoby i poprosić o pieniądze na strawę, w wypadku alkoholu jest znacznie inaczej, fakt.) Uważam, że i ten problem zostałby rozwiązany dzięki tego typu schroniskom. Najprościej nawiązywać rozmowę z osobą o podobnych modelach egzystencji. Najłatwiej porozumieć się z osobą o podobnych przeżyciach (co pokazują chociażby spotkania anonimowych alkoholików), zainteresowaniach, planach. Oddając "moją" placówkę osobom bezdomnym dajemy im możliwość rozmawiania ze sobą oraz wzbudzamy w nich potrzebę współpracy, dając im np. zadania do wykonania (gotowanie, robienie gazetek okolicznościowych itp.), czy też organizując im czas na gry zespołowe i zabawy. 
            Podsumowując: Najprostszym sposobem na pomoc w zdobyciu zatrudnienia osobom bezdomnym jest dać im budynek. Budynek, który sami będą budować; budynek, który umożliwi im kontakt z ludźmi i rozwój samego siebie. Innymi słowy – budynek, który będą mogli nazwać własnym domem.

*ów przedmiot nosił nazwę Wspieranie osób marginalizowanych na rynku pracy

niedziela, 9 marca 2014

Nie jesteś barbarzyńcą?

Witajcie
Jako, iż jest to mój pierwszy wpis na tym blogu, warto by się przedstawić. Zatem po krótsze - mam na imię Łukasz, lecz większość zwie mnie Gądziu. Jestem studentem pracy socjalnej, ale staram też amatorsko zajmować się szeroko pojętą kinematografią i aktorstwem. Jeżeli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o mnie, zapraszam na stronę mojego projektu kinematograficznego, gdzie znajdziecie dużo bardziej szczegółowy opis mojej osoby.
Na tym blogu postanowiłem komentować trochę otaczającą nas rzeczywistość, ot takie moje przemyślenia. I to chyba wszystko. Wygląd bloga nie jest jeszcze ostateczny, wkrótce jakoś nad nim popracuję, ale póki co musi wyglądać tak. No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak podziękować Ci, drogi czytelniku, za poświęcenie własnego czasu na moje wypociny i życzyć oczywiście przyjemnej i może refleksyjnej lektury. A zatem, aby nie przedłużać, przejdźmy do właściwego artykułu:


W jednym z numerów warszawskiej edycji gazety Metro, dokładnie wydania z dnia 28 stycznia 2014 roku, natrafiłam na artykuł, a dokładnie wywiad z prof. Leonardem Etel, rektorem Uniwersytetu w Białymstoku, który wzbudził we mnie negatywne odczucia.
        Artykuł ten dotyczył zamknięcia przez tę uczelnię kierunku jakim jest filozofia. Głównym problemem utrzymania filozofii na owej uczelni są oczywiście pieniądze, a dokładniej ich brak. Jak profesor mówi "system finansowania nie zapewnia dostatecznych środków na prowadzenie kierunków, które mają gorszy nabór. Jest w dużej mierze oparty na liczbie studentów. W efekcie na mało licznych kierunkach dotacja nie pokrywa kosztów kształcenia." Później padają słowa o tym, że uczelnia nie może sobie pozwolić na dopłacanie do takich kierunków, ponieważ nie ma własnych pieniędzy itd. Wypowiedź jak najbardziej sensowna, argumenty technicznie wystarczające do obrony swojej decyzji, zgodzę się tym. Jak się jednak okazuje tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego, gdyż chwilę później Pan Etel strzela sobie w stopę słowami, które zaprzeczają jego poprzedniemu rozumowaniu. Według podanych przez redaktora Metra danych w październiku na filozofię trafiło 23 studentów. Nie jest to wysoka liczba, zgodzi się z tym każdy. W dalszej rozmowie profesor wypowiada się o innych kierunkach, które są w ofercie uczelni i wśród nich jest fizyka, jak się przyznaje Pan Leonard, na którą uczęszcza sześć osób, a do tego, aby przedmiot ten w ogóle mógł funkcjonować na Uniwersytecie, władze dopłacają 2,5 ml zł.
rys. Łukasz Gądek
        Podsumujmy - zamykamy kierunek bo jest na nim za mało studentów - zamykamy filozofię, gdzie jest 23 studentów, dopłacamy do fizyki, gdzie jest ich 6. I teraz zadam pytanie do kogoś, kto może zna Pana Leonarda. Z jakiej dziedziny nauki ten człowiek otrzymał tytuł profesora? Ewidentnie widać, że na pewno nie z matematyki, skoro w jego oczach 6 studentów przewyższa liczbę 23 studentów. Słowa, którymi argumentuje Pan Leonard swoją rację odnośnie fizyki, są po prostu zabawne. Otóż Pan Etel uważa, że uniwersytet nie może istnieć bez fizyki. Po prostu. Takie ma zdanie, zatem trzyma ten kierunek. Zero ekonomi, zero statystyki. Liczy się jego własne zdanie. I gdyby to była prywatna uczelnia miałby ku temu prawo, ale zauważmy, że jest to Uniwersytet państwowy, państwa demokratycznego, opłacanego przez podatników, czyli pośrednio, albo nawet i bezpośrednio przez studentów. Podatek jest jednakowy dla wszystkich - każdy płaci X dochodu (X ze względu na stawkę nieznaną, a procentową, zatem taką samą dla każdego) - więc filozofia jest kupiona za 23x, zaś fizyka za 6x - 2,5 ml zł. Zatem zasadniczo, jeżeli większość chce filozofii, jest ona bardziej opłacalna, to według Pana Etela trzeba im... to zabrać. Logiczne? Dla mnie na pewno nie. Zabawne? W sumie to tak.
        Cóż, pozostaje mi tylko liczyć na to, że skończy się zabawa państwowym funduszem w oczach własnego widzimisie (do Pana, Panie T., też kieruję te słowa), albo, na co liczę bardziej, sprywatyzowanie nauki i nieprzymusowe opłaty. Wtedy będzie można sobie pozwolić na tego typu zagrywki i nikt do nikogo pretensji mieć nie będzie mógł.

A co Wy o tym sądzicie? Pozostawiam Was z tym tematem i czekam na wasze opinie.
Pozdrawiam